Pomogła: 20 razy Wiek: 25 Dołączyła: 23 Kwi 2006 Posty: 2557 Skąd: A stamtąd tam, o!
Wysłany: 2009-07-13, 18:09 Wyróżnienie Stefana Dardy
Barbara Faron
O potomkach fartownego przybłędy
Przy drzwiach od kościoła żebrał Dziad z kulawą nogą. Klęcząc na konopnym worze i szepcząc słowa pacierzy wyciągał dłonie w kierunku parafian, wychodzących z pachnącej kadzidłem świątyni. Do leżącego na ziemi spłowiałego kapelusza z rzadka wpadały krążki drobnych monet, bo ostatnimi laty zbiednieli mieszkańcy doliny. I jakby na domiar złego – dowiedział się niedawno – Biała* wślizgnęła się do wsi trzymając pod rękę przywleczoną ze świata Hiszpankę, która wściubiała uważne oczy do mijanych po drodze osiedli i wpełzała do zagród, przyzywając ku sobie upatrzone dusze, niechętnie opuszczające trawione gorączką ciała. Zazdrosna o żniwo wielkiej wojny, a może pragnąc zwieńczyć jej potworne dzieło, namnożyła wdów, sierot i nędzarzy, a potem odleciała ciągnąc za sobą korowód duszyczek i zasępioną Białą, której żal się zrobiło zlęknionych śmiertelników.
Dziad westchnął i powiódłszy oczyma po sylwetkach zmizerniałych parafian, podniósł się sprzed drzwi kościoła. Kiedy milcząca ciżba nie stanęła na przykościelnym placu na coniedzielne pogwarki, lecz pierzchła szybko do zagród, wytrząsnął z kapelusza parę groszy i spoglądając na księdza idącego ku plebanii, ścisnął swój kostur i pokuśtykał przed siebie.
Do części wsi zwanej Górną z rzadka kiedyś zachodził, ale teraz, gdy napatrzył się dramatom w Dolnej, stąpając z nogi na nogę podążył w poszukiwaniu choć trochę szczęśliwych ludzi i dziwnym trafem zaszedł do dużej chałupy, gdzie właśnie świętowano gody.
Zaproszony w gościnę i uraczony kołaczem, usiadł przy piecu, skąd nie wadząc nikomu miał sposobność napatrzyć się weselnikom. Gościom i młodej parze: Wojciechowi, który wrócił z wojny oraz Zośce. Pijając mleko nalane przez dziewkę służebną, zasłuchał się w gawędy, z których najbardziej zapadła mu w pamięć opowieść pana młodego o krymskiej niewoli.
Wojciech, powołany przez Austriaków do armii, nie nawojował się wiele, bo już po pierwszej potyczce został rosyjskim jeńcem. Wywieziony na Krym i skierowany do pracy u jednego z tamtejszych gospodarzy, miał sposobność napatrzeć się cudom obcej przyrody, żyznym ziemiom rodzącym łany zbóż ciężkie od ziarnistych kłosów oraz osobliwym zwyczajom wyznawców Allacha, których religijności nie mógł się nadziwić.
– Gadają, że poganie – mówił weselnikom – a modlą się częściej niż katolicy. O wschodzie i o zachodzie słonka każdą robotę zostawią i kłaniają się Allachowi!
– A ta ziemia, Wojciechu? Nie taka, jak nasza?
– Nie taka! Same czarnoziemy! Kamieni, jak u nas, nie zobaczysz… A jakie zboża na niej wyrastają! – Nie dając się prosić zaczął opowiadać, że nieraz kosił gęste łany, a potem młócił i na końcu mełł w żarnach pszenicę na mąkę, z której kobiety wypiekały bochny o białym miąższu, jakie w rodzinnej chałupie zwykło się jadać od święta. – Nie to, co u nas… – Cofnął się myślami do lat krymskiej niewoli, na którą nie miał powodu się skarżyć, ponieważ głodu nie zaznał, razów na plecach nie poczuł, ciężej niż na własnej roli nie musiał pracować, z miejscowymi umiał się dogadać, odkąd wyuczył się podstaw ruskiego języka i pewnie, gdyby nie tęsknota za doliną, nie wypatrywałby niecierpliwie zakończenia wojny, które dało mu wrócić na ojcowiznę. – Ej, Boże! – westchnął wspominając dzień powrotu, gdy z ciężkim sercem patrzył na zaniedbane zagony i myślał o koniach skonfiskowanych przez armię. Początkowo chciał siąść i zapłakać nad ruiną, ale nie wypadało użalać się nad sobą, gdy innym było jeszcze ciężej, więc zakasawszy rękawy zaczął dźwigać gospodarstwo z upadku. Napracował się przy tym niemało z najętym parobkiem i dopiero po paru latach okiełznał wyjałowioną ziemię. Przywróciwszy porządek na roli przyjrzał się zaniedbanemu obejściu, oddanemu w zarząd dziewce służebnej, gdy opiekująca się nim dotąd siostra wróciła do męża i z przerażeniem złapał się za głowę. Na gwałt potrzebował gospodyni. Zaczął więc rozglądać się za właściwą kandydatką. Taką, która spodobałaby się mu zarówno z urody, jak i z pochodzenia. Kiedy w sąsiedztwie, a potem i w Górnej Wsi, takiej nie znalazł, znajomi naraili mu pannę z Dolnej, od Mikołajczyków. Zaciekawiło go ich gadanie, ale chciał, żeby dziewka choć trochę mu się spodobała, bo przecież był niczego sobie kawalerem. Przyglądnąć się jej musiał i uczynił to na najbliżej mszy.
– Dobrze jej z oczu patrzy, a do tego rumiana i krzepka – przemyśliwał podczas nabożeństwa i zaraz z wieczora przygotował flaszkę przedniej wódki i pojechał ze swatem do Dolnej Wsi, dogadać się z przyszłymi teściami. Od razu przypadł im do gustu, bo choć młody, to przecież był już poważanym gospodarzem. Krewni, u których dowiadywali się o Wojciecha też mówili, że jest pracowity, spokojnego charakteru, nie zagląda do kieliszka, no i sam gospodarzy od śmierci rodziców, wobec tego dziewka, nie mając na karku ani teściowej, ani ciżby szwagrów, jak bywa w większości zagród, zaraz po ślubie zostanie gospodynią co się zowie. Poszeptali między sobą, poszeptali i tak doszło do wesela, z którego i Dziad uszczknął trochę jadła.
Jednakże po prawdzie – ale o tym wędrowiec dowiedział się później od sąsiadów – osobliwe było pochodzenie pana młodego, a on sam był jedynym w całej dolinie (ba! w całej okolicy!), który nosił obco brzmiące nazwisko. Takich na przykład Mikołajczyków, Faronów, Kuźlów czy Świnków, wywodzących się od potomków pierwszych osadników, żyło we wsi niemało. Jedni byli bardzo bogaci, inni od pokoleń obrabiali marny kawałek gruntu, zaś jeszcze inni wegetowali pod cudzym dachem, ale wszystkich łączyły bliższe bądź dalsze więzy pokrewieństwa.
Rozumny dziadzisko, łącząc w spójną całość urywki powiastek o niejasnej przeszłości Wojciechowych przodków, zaczął nucić pod nosem balladę o fartownym przybłędzie i jego potomkach.
Przybłędzie, ponieważ przybłędą miejscowi zwykli nazywać każdego, kto wywodził się spoza ich kręgu, kogo niezbadane losy przygnały w ich strony i o kim zazwyczaj niewiele umieli powiedzieć. Takim człowiekiem był właśnie nieżyjący już ojciec Wojciecha – Jan, który dawno temu zjechał do wsi na paradnym, ukwieconym wozie. Nie dla niego jednak ustrojono turkoczące fury i nie dla niego kapela grała podniosłe hymny, lecz – dla nowego proboszcza, któremu bogobojni chłopi zgotowali radosne przyjęcie. W każdym razie, jako ledwie odrosły od ziemi chłopaczek, przejechał przez wieś w takt góralskiej muzyki, po prawicy mając starszawego księdza, a po lewicy matkę, która służyła księdzu za gospodynię.
Oczy ludzi od razu spoczęły na paradnym wozie, a potem uważnie świdrowały ściany wiekowej plebanii i rozmaicie zaczęto gadać na temat poufałości proboszcza z młodą gospodynią. Zaś niektórzy podejrzliwie patrzyli na księdza, który okazywał Jasiowi niezwykłą życzliwość, ucząc go czytania oraz obdarzając słodyczami, nabywanymi w sklepie u Żyda. Lecz, że z natury ludzie gotowi widzieć u innych najgorsze rzeczy, tylko nielicznym przyszło do głowy, że duchowny mógł po prostu przygarnąć pod dach bezdomną dziewczynę.
Jak było w istocie? Sąsiedzi, pytani przez Dziada, nie mieli pojęcia. Zresztą Jaś także mało wiedział o swym pochodzeniu. Kiedy mieszkał z matką był za mały, żeby czegokolwiek dociekać, zaś kiedy podrósł na tyle, by choć trochę zrozumieć, dawno odeszła z doliny. Lecz zanim na zawsze stracił ją z oczu i zanim pomarło się proboszczowi, wygodnie się mu żyło w przestronnej plebanii. Dzieckiem był i niewiele rozumiał z tego co się wokół dzieje, więc nie miał powodów do zmartwień, a kiedy pewnej wiosny pod uchylonym oknem przystanęła Biała i spojrzała nań smutkiem pustych oczu, uśmiechnął się do niej naiwnie.
Pomyślał, że trzeba zawołać matkę krzątającą się przy palenisku, ale gdy Biała położyła palec na swych bladych ustach dając znak by milczał, poważnie skinął głową i grzecznie usłuchał. Uśmiechnęła się nieszczerym, niewidzialnym uśmiechem, odwróciła się bezszelestnie i odeszła powoli do sadu, pomiędzy skarlałe jabłonie obsypane biało-różowym kwieciem. Wsparła się ciężko o schłostany wiatrami pień najstarszej z nich, zdjęła z ramienia ciężką kosę, wyjęła zza pazuchy podłużną osełkę, na którą splunęła i zaczęła krzepko ostrzyć stępiałe żelazo. Przyglądał się jej zajęciu z uwagą i nie zdziwił się, kiedy po wieczerzy stanęła u wezgłowia proboszczowej pościeli. Wlazł na poduszkę, aby dosięgnąć jej bladej twarzy, omotanej prześwitującą chustką, ale pogroziła paluchem mówiąc, że jeszcze nie pora, że najpewniej przyjdzie po niego za pół wieku i kazała się mu cofnąć. Usłuchał i przymknął powieki, na których położyła zimną dłoń, nie chcąc by widział jak będzie odcinała głowę proboszczowi.
Przed świtem rozbudził się w pościeli i przecierając oczy spojrzał na stygnące ciało dobrodzieja.
– Księże jegomościu! Księże jegomościu! – szarpnął nieboszczyka. – Obudźcie się! – Najpierw szeptał, potem prosił, a na końcu zaczął krzyczeć, bo ksiądz nie otworzył zaciśniętych powiek. – Mama! Zanosząc się łkaniem popędził do matki mówiąc, że całą noc gadał z Białą, ale nie zrozumiała co chciał powiedzieć albo mu nie uwierzyła i z lamentem nachyliła się nad stygnącym ciałem.
Po śmierci miłosiernego księdza do parafii zjechał nowy proboszcz, który najął inną gospodynię i dla Jaśkowej matki zabrakło miejsca w plebanii. Spakowała skromny dobytek do węzełka, wzięła dziecko za rękę i poszła szukać służby. Nie było jej łatwo, bo nikt nie chciał hodować za darmo dzieciaka, który ledwie od ziemi odrósł i nie był zdatny ani do pasania gęsi, ani do pilnowania prosiąt, a jedna gaździna powiedziała bez ogródek, że nie myśli trzymać pod dachem małego, o którym plotkowano, że jest proboszczowy.
– Z tego jaka kara boska będzie! – wrzasnęła. – Nie chcę, żeby piorun w moją chałupę strzelił albo co innego! Tfu! – splunęła pod nogi. – Boga się nie boi, z tym wyklętym bachorem po wsi się przechadza! Latawica jedna! Wynocha! Wynoś się tam, skąd cię diabli przygnali! – Krzyczała wygrażając pięścią, nieświadoma, że nadaremno wzywając bożego imienia doprasza się gromu, który parę lat później spalił jej obejście.
Odegnana od progu dziewczyna, nie chcąc słuchać gospodyni, której krzyki wywabiły przed chałupy mieszkańców osiedla, uciekła popłakując i tuląc do piersi Jasia. Bojąc się, że będą ją gonić albo psami poszczują, schowała się w cieniu kapliczki.
– Co wam to? – Stary chłop, którego nie spostrzegła przez łzy, zgramolił się z wozu i podpierając się grubym kijem podszedł ku kapliczce. – Co wam to? – powtórzył.
– Służby szukam i znaleźć nie mogę – odparła, ocierając kułakiem zaczerwienione oczy.
– O, Panie Boże! – złożył dłonie w modlitewnym geście. – Wyście na plebanii służyli!
– Tak, u nieboszczyka dobrodzieja…
– Nowy proboszcz nie zostawił was we służbie?
– Nie chciał – załkała spazmatycznie. – A ja, odkąd zabrakło dobrodzieja, nie wiem co ze sobą począć… Do każdej roboty się najmę, do każdej! – łkała coraz głośniej. – Gospodarze nie chcą do służby przyjąć… Jedni mówią, że my przybłędy i nie wiadomo, czy jakiego zła ze świata nie wleczemy, a drudzy że… że kara boska… że na… nas przyjdzie! Że grzechy… że…
– Cicho panna, cicho – mruknął, głaszcząc ją po głowie. – Ludzie lubują się w bajkach. Gąb im nie zamkniesz.
– A… wy? – spytała z wahaniem.
– Co, ja?
– Wy nie lubujecie się w bajkach?
– Za stary jestem na to, a i na własnej skórze za młodu poczułem ludzkie zęby, bo moja baba z Węgier pochodzi. Służyła kiedyś we dworze.
– Wasza baba Węgierka? – Otarła policzki.
– Ano, Węgierka – uśmiechnął się ukazując resztki pożółkłych zębów. – A to kto? – zainteresował się Jasiem układającym pod kapliczką przyniesione z drogi kamienie.
– Mój syn, Jasiek – odparła, podnosząc się z wolna. – Jakby nie on, to wnet bym służbę znalazła, ale – z żalem spojrzała na malca – przecież go nie utopię, jak jakiegoś kocura!
– Co gadasz, dziewucha! – obruszył się staruszek, nie mogący oderwać oczu wpierw od wizerunku Matki Boskiej, która stała pod drewnianym daszkiem w powodzi więdnących niezapominajek, a potem od chłopca, który od razu przypadł mu do serca. – Siadaj na furę – mruknął zachęcająco. – Mojej babie zda się ktoś do pomocy.
– Gadacie? – Ucieszona, nie mogąc uwierzyć w odmianę losu na lepsze, porwała pod pachę Jaśka i wgramoliła się na furę, która zaraz potoczyła się do Górnej Wsi. – Mój chłopak nie będzie wam wadził? – upewniała się po drodze, ściskając małego tak mocno, że chwilami dech tracił.
– Nie mamy z babą dzieci – odparł po chwili głębokiego namysłu. – Zawsze nam było tęskno za nimi – pogłaskał rozwianą Jasiową czuprynę. – To i nie będzie wadził. Chłop, który udzielił wsparcia dziewczynie i któremu Jaś głęboko zapadł w serce, okazał się być Marcinem, poważanym we wsi gospodarzem, więc nieźle wiodło się pod jego dachem przybłędom ze świata. Jednak, odkąd zabrakło księdza, Jasiowej matce z trudem udawało się wytrwać w dolinie. Być może męczyły ją plotki, a może tęskniła za kimś w rodzinnych stronach. Gospodarze zaraz spostrzegli, że dzieje się z nią coś niedobrego, bo marniała w oczach. Najlepszego nawet jadła nie chciała tykać, nad każdą robotą zamyślała się tak głęboko, że ze trzy razy trzeba było jedno i to samo powtarzać, żeby dosłyszała i szlochała po nocach. Nie rozumieli jej i choć nieraz próbowali wypytać: i gazdowie, i dziewki służebne, i parobek, któremu wpadła w oko, milczała uparcie.
– O Jezu! – Odwracała do okna twarz i wzdychając wyglądała przez pomalowane mrozem szyby na półsenny sad, otulony grubą warstwą śniegu.
– Do cna zmarnieje – martwiła się gaździna, niezdolna zaradzić tajemniczej zgryzocie zżerającej służącą, która na wiosnę nabrała gorączkowych rumieńców i zaczęła dopominać się o zapłatę za służbę.
– Źle ci u nas było? – zdziwił się gospodarz.
– Dobrze, gazdo – spuściła oczy i po zastanowieniu odrzekła półszeptem: – Nigdy na służbę u was narzekać nie będę, ale straciłam serce do tej wsi i do tutejszych ludzi, kiedy brakło księdza dobrodzieja.
– U nas w chałupie miejsca dostatek! – oburzył się. – Wprawdzie to nie plebania, ale i tu nie masz na co narzekać!
– Na was i waszą chałupę nie narzekam! – zapewniała. – Tylko… w tej wsi dłużej nie wytrzymam!
– Gdzie pójdziesz? – złagodniał, widząc popłoch w jej rozgorączkowanych oczach. – Masz do kogo wrócić? Masz krewnych? – wypytywał, po trosze ciekaw, a po trosze zatroskany. Nie odpowiedziała na żadne pytanie i westchnąwszy szepnęła:
– W świat pójdę. Tam służby poszukam.
– W świat? To nie lepiej zostać tutaj? Z nami?
– Wolę… w świat!
– W świat? – spytał podejrzliwie, czując, że nie zdradziła mu swoich zamysłów.
– W świat! – powtórzyła z uporem.
– Skoro taka twoja wola – wzruszył ramionami widząc, że ani jej nie przekona po dobroci, ani nie zatrzyma siłą. – Niech i tak będzie! Tylko… – wyjąkał błagalnie – Zostaw nam Jasia! Dzieci nie mamy, to jak swojego wychowamy, a i tobie łatwiej będzie służbę znaleźć, gdy bez dziecka pójdziesz…
Spełniła prośbę gospodarza i tak oto Jaś został u zamożnych gospodarzy, którzy wychowali go niczym własne dziecko. Zaś on zapomniawszy o matce, przywiązał się do opiekunów i do wsi, w której przyszło mu pozostać.
Dziad zamyślił się nad niezwykłymi splotami wypadków, które sprawiły, że w chałupie po dawnym rodzie na dobre zadomowił się przybłęda ze świata, którego syn – Wojciech ożenił się z panną pochodzącą się ze starego rodu. I od tej pory, ilekroć zdarzyło się mu gościć we wsi, nieraz zachodził do chałupy, w której dobrze się działo przez długie lata. Nieraz pogadał z gospodarzem o życiu, o robocie czy nowinach ze świata, a czasem posłuchał o wojennych latach, krymskiej niewoli i o przybranych dziadkach.
Pierwsze Wojciechowe wspomnienie dotyczyło starego Marcina: pamiętał, że zabawę z kociętami przerwał mu szmer ludzkiego szeptu:
– Pójdźże Wojtuś, nabij mi fajkę.
– Już idę, dziadku! – Podbiegł do starego gazdy, grzejącego plecy o ciepły przypiecek i wdrapał się na ławę. Wziął z dziadkowej dłoni tytoń i majtając nogami, z przejęcia wystawił z rozdziawionych ust koniuszek języka i z nabożną czcią nabił fajkę.
Drugie natomiast było związane z babką, która od jakiegoś czasu nie podnosiła się z pościeli. Bawił się wtedy pod jej czujnym okiem, bo matka poszła do obory i biegając po izbie z jarmarczną zabawką – ptaszkiem, trzepoczącym drewnianymi skrzydłami, wypatrzył białego królika, kicającego od progu pod babcyne łóżko.
– Trusik! – Rzucił zabawkę i nie zważając na matkę, wracającą z podojonym mlekiem, ukląkł i chcąc dobyć zbiega wsunął się między zakurzone pajęczyny pod łóżkiem. – Truś! Truś! – wołał macając podłogę, ale zwierzątka nie znalazł. Zaniósł się łkaniem i trąc oczy ubrudzonymi rękami podszedł do skrzynki przy piecu, w której siedziała z młodymi bura królica. – Gdzie jest biały trusik? – podejrzliwie spojrzał na matkę.
– Nie mamy białych trusików. Coś ci się przyśniło – odparła.
– Trusik siedzi pod pościelą! – krzyknął z dziecinnym uporem.
– Pod pościelą? – Matka, którą tknęło złe przeczucie, podbiegła ku posłaniu staruszki i widząc, że kona zapaliła święconą gromnicę.
Na pogrzebie powiadano zgodnie, że małemu Wojtkowi ukazała się śmierć pod postacią białego królika. Nigdy więcej jednak nie otrzymał podobnego znaku albo przegapił takowy, bo parę lat później zaskoczył go zgon rodziców.
Biała, która sumiennie przestrzegała wyznaczonych przez Boga terminów, dotrzymała słowa danego niegdyś małemu Jasiowi przy łóżku umierającego księdza i przyszła po Jana, kiedy ledwie półwiecze minęło. Być może nie pamiętał tamtej rozmowy, ale przeczucie mu mówiło, że powinien się przygotować. Umył się, wystroił się w niedzielne odzienie i po powrocie od spowiedzi usiadł na przyzbie. Kiedy zaniepokojone córki zapytały na kogo tak czeka rzekł, że wnet odejdzie tam, dokąd wzrok nie sięga i wreszcie odpocznie od pracy na roli.
– Stare dzieje – zamyślony Wojciech zwrócił się do Dziada, z którym siedział na przyzbie i powiódł smętnym wzrokiem po drzewach owocowych, obsypanych mrowiem niedojrzałych śliwek, czereśni i jabłek. – Nie mierzi was słuchanie?
– Ciekawym takich historii – odparł wędrownik rozpinając kapotę, bo mu się nagle gorąco zrobiło. – A zawsze lepiej o dobrych, niż o złych ludziach posłuchać.
– Co prawda, to prawda.
– A i wasze historie weselsze, bo jakoś mniej od innych zrzędzicie.
– Czemu miałbym zrzędzić? – zdziwił się Wojciech. – Odkąd wróciłem z wojny dobrze się mi wiedzie: wyjałowioną ziemię udało się do ładu doprowadzić, porządku w chałupie baba pilnuje i dzieciaki zdrowe, więc Boga bym obraził, gdybym zaczął narzekać.
Dziad rozejrzał się po obejściu i stwierdził, że nieodgadnione są koleje ludzkiego losu. Już miał się podnieść, gdy zza płotu wyłoniła się głowa sąsiada, który ciekaw nowin dołączył do rozmawiających. Wygadany był, toteż rozprawiali do zachodu słońca – głównie o nieszczęściach, które nawiedziły kotlinę. Bo chociaż po wojennych okropieństwach, po morowym powietrzu i klęsce głodu zdawało się, że wyczerpało się źródło boskich plag zsyłanych na błądzącą ludzkość, pewnego dnia spadły na wieś dwa straszne żywioły: ogień i woda. Pierwszy pochłonął dwustuletni kościół, z którego udało się uratować tylko parę świętych obrazów. Drugi zaś z potężnym szumem przetoczył się przez dolinę, zgarniając domostwa napotkane po drodze i zalewając przyszłe plony.
Posmutniały wędrowiec dźwignął się z przyzby, słowem nie zdradzając niepokoju, który go ogarnął.
– Zostańcie z Bogiem! – Zarzucił na plecy nieodłączny wór, pożegnał chłopów i wspominając dzień Wojciechowego wesela oraz tygodni, podczas których napatrzył się zza opłotków jasnym głowom jego dzieci, pokuśtykał przed siebie.
Na wieczerzę zaszedł do chałupy Jaśka, który wrócił z zarobku w Peszcie, zaś na nocleg położył się pod stogiem siana, bo straszna gorączka trawiła jego wyczerpane ciało i nazajutrz skoro świt powędrował naprzeciw wschodzącemu słońcu.
Jakoś nijak mu było, jakoś ciężko na sercu, więc mijając osiedle Mikołajczyków ukląkł przed przydrożną kaplicą. Przykro mu było odchodzić z doliny, ale coś, czego dotąd nigdy nie doznawał, jakaś tajemnicza i potężna siła, znów gnała go do świata. Pomodliwszy się wstał i stęknąwszy boleśnie, przywdział kapelusz na głowę. Raz po raz oglądając się na góry i postukując sękatym kosturem dotarł do mostu na Końcu Wsi.
Odszedł i długo nie wracał. Dokąd go nieznane losy rzuciły, nie wiadomo. Aż razu pewnego, po wielu długich latach, po wojnie, przywiało go z powrotem. Przywiało zawodzące wietrzysko. W tej samej zszarzałej kapocie, z tym samym konopnym worem przerzuconym przez ramię, w tym samym kapeluszem na głowie i nawet z podobnym kosturem w ręku. Przywiało, lecz… jakoś tak łagodnie. Bo nie targało jak dawniej skołtunionej brody, nie dokazywało kradnąc z włosów oklapnięte nakrycie, tylko ostrożnie dmuchało w zgarbione plecy wędrowca. I obaj: smutny Dziad i posępny wiatr, siedli pod przydrożną kaplicą i zapłakali nad niedolą świata. Pierwszy – gorzkimi łzami, a drugi – kroplami deszczu. Żaden nie zauważył Białej, stojącej przy ołtarzu z rozpaczą w pustych oczach. Oj, bo przeraziła się przelatując nad ziemią pogrążoną w żałobie. Przeraziła się zgliszczy i setek bezimiennych mogił – okrutnego pokłosia bezlitosnej wojny.
Dziad, którego objął chłód, chuchnął w dłonie i gramoląc się poszedł przez błoto i kałuże do chałupy Mikołajczyków, żebrać o jadło. Przyjęła go gościnnie miłosierna gaździna opowiadając, że Zośka, wydana za Wojciecha, szykując się do ucieczki przed Niemcami spadła z wysoka, odbiła nerki i teraz leży chora, bo nie wstała z pościeli od urodzenia syna, którego zaraz po chrzcinach trzeba było pochować.
– Tak dobrze się im wiodło, póki nie przyszła wojna! – Ukryła twarz w dłoniach i ochłonąwszy nieco, zaczęła się rozwodzić nad nieznanym losem jednego z synów, który przed wojną okazyjnie kupił ziemię na Wołyniu i osiadł tam z rodziną. Opowiedziała mu także, że Niemcy nieraz szukali w dolinie partyzantów, że raz na cmentarzu trzymali za zakładników wójta i sołtysów, że pewnego dnia wywieźli na rozstrzelanie proboszcza z grupką ludzi i że mieli wieś spalić biorąc odwet za szkody czynione przez partyzantów, ale nie zdążyli, bo ze Wschodu nadeszła rosyjska armia.
– Bozicku! – westchnął się i klęknąwszy przy progu odmówił pacierze za duszami pomordowanych, których teraz po ziemi wędrowały rzesze, patrząc w zdumieniu na śmiertelników, bo tak nagle przyszło im schodzić ze świata, że jeszcze nie pojęły, iż mają zeń ulecieć i nie wiedziały także, że łuna widoczna na niebie jest ścieżką prowadzącą do bramy, strzeżonej przez świętego Piotra, który mało teraz pilnował, bo nawet jeśli za życia splamiły się jakimś grzechem, śmierć nagła i męczeńska zmyła te przewinienia, i tylko patrzył ze łzami na owe nieszczęsne tłumy, cisnące się w kolejce do progu jasnego nieba.
Przesiedział Dziad u Mikołajczyków do późnego wieczora. Niespokojnie przespał noc
i nazajutrz, kiedy ustało zawodzenie wiatru, a słoneczne promienie osuszyły ziemię, wsiadł z
gospodynią do bryczki i pojechał do Górnej Wsi, do Wojciechowej chałupy, gdzie leżała
umierająca Zośka.
Chyłkiem przekroczył próg i pochwaliwszy Boga usiadł na ławie pod piecem, pod którym siedział w dniu Wojciechowego wesela. Z błyskiem wdzięczności w oczach przyjął z rąk podrosłej dziewczynki garnuszek z ugotowanym mlekiem, w którym pływały kawałki chleba i wyjadając je łyżką rozglądał się po cichym wnętrzu. Nikt – ani gospodarz, ani dzieci, ani służba – nie śmiał głośniej pisnąć, aby nie zbudzić chorej leżącej w pościeli, na której siedziały dwie najmłodsze dziewczynki, wlepiające w żebraka przerażone oczka.
– Julcia, Stasia! – Babka wyjęła zza pazuchy rogala.
– A nam? A nam? – Obstąpiły ją zaraz starsze wnuczęta żądające łakoci, którymi obdarzyła je hojnie i uściskawszy, utkwiła w twarzy milczącego Wojciecha pytające spojrzenie. Pokręcił głową bezradnie i oglądając się na skupioną przy oknie czwórkę dorosłych już dzieci, szepnął nieswoim głosem:
– Żeby we wsi doktor był...
Dziadowe serce krajało się z żalu, kiedy patrzył na zmartwioną ciżbę, ale najbardziej szkoda zrobiło mu się najmłodszych dziewczynek, które niewiele pojmowały z tego, co się działo i targnięty wzruszeniem odłożył garnuszek na kuchenną blachę i minąwszy Białą siedzącą na progu, podszedł ku pościeli. Chciał małe przygarnąć do piersi, jednak zlękły się rozcapierzonych rąk, bo wrzasnęły jednocześnie, obie w wielkiej trwodze i zanosząc się spazmatycznym łkaniem przylgnęły do matki, która przebudzona krzykiem otworzyła oczy.
– A idźże stąd dziadu! Nie strasz moich dzieci! – wyszeptała z gniewem.
Cofnął się stropiony i wrócił na ławę, skąd mógł śledzić wzrokiem cichnące dziewczynki i gospodynię, której policzki krasił już śmiertelny rumieniec. Wieczorem wyściskała kolejno wszystkie dzieci i pożegnawszy Wojciecha, poszła z Białą pod rękę ku niebieskiej bramie, zza której sterczało szykowne brodzisko uśmiechniętego Piotra Apostoła.
Wędrowny Dziad, roztkliwiony losem osieroconych dzieci, otarł kułakiem spłakane oczy i zwrócił się z milczącą prośbą do Pana Bozicka, żeby zezwolił mu kiedyś, w swojej łaskawości, dopowiedzieć dalszy ciąg niedokończonej ballady…
----------------
*) Tj. śmierć
_________________ "You’ve nowhere to hide, nowhere to run, your village will burn like the heart of the sun!"
- Richard
z topicu "Aktualnie czytane":
Cytat:
Aktualnie czytam... "Tam, gdzie kończy się tęcza" niejakiej Fraa, może słyszeliście?
To wyroznienie jest jak najbardziej uzasadnione. Znalazlem w necie jeszcze co nieco autorki. Klimat ktory tworzy jest jak klechda polska, a wiec jest to nawiazanie do perelek naszej literatury. Zeby nie byc goloslownym zachecam do przeczytania tomu "Klechd polskich" Lesmiana - opowiadanie o Podlasiaku.
Lietracko, "frontowy przybleda", jest znakomity. Jako juror postawilbym przyblede na pudle (1, 2 lub 3 miejsce)
Jedyna nieścisłośc jaką zauważyłam w tekście to kolor ziemi Krymu. Czarnoziem jest kojarzony z Ukrainą, na Krymie występują gleby ciemnokasztanowe byłam i widziałam
opowiadanie zasługuje w pełni na wyróżnienie.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum